Zabieg wyglądał na rutynowy. W czerwcu 2018 roku klientka warszawskiego gabinetu kosmetycznego przyszła na makijaż permanentny. Przy okazji dostała zastrzyk z kwasem hialuronowym w lwią zmarszczkę, pionową bruzdę między brwiami. Preparat zatkał tętnicę. Skóra na czole obumarła i została po niej trwała blizna.
Przed zabiegiem nikt nie powiedział jej o ryzyku. Sąd Okręgowy w Warszawie w 2025 roku zasądził od prowadzącej gabinet kosmetolożki 50 tys. zł zadośćuczynienia i ponad 22 tys. zł odszkodowania (I C 534/21). Klientka żądała łącznie 150 tys. zł. Sąd zauważył przy tym, że taka iniekcja nie jest świadczeniem zdrowotnym w rozumieniu ustawy o zawodach lekarza.
Kilka lat wcześniej inny sąd rozpatrywał niemal ten sam zabieg, tylko w sprawie karnej. Kosmetyczka wypełniła klientce usta kwasem hialuronowym, u klientki powstał ropień wargi. Prokuratura oskarżyła ją o spowodowanie uszczerbku na zdrowiu. Sąd Okręgowy w Gliwicach utrzymał uniewinnienie, bo nie dało się ustalić, czy ropień spowodował zabieg (VI Ka 581/19, listopad 2019). Przy okazji zauważył, że w dacie zabiegu „żadne przepisy prawne nie precyzowały komu przysługuje prawo do jego wykonywania”, a uregulowanie tej sprawy jest „rolą polskiego ustawodawcy”.
Ustawodawca do dziś tego nie zrobił.
Najliczniejsza grupa pod okiem sanepidu
Salony urody to w Polsce potęga, której łatwo nie zauważyć, bo składa się z dziesiątek tysięcy małych firm. Według raportu Głównego Inspektora Sanitarnego za 2025 rok w ewidencji sanepidu było 79 338 obiektów świadczących usługi beauty, o ponad 4 tysiące więcej niż rok wcześniej. To największa grupa obiektów użyteczności publicznej, jakie nadzoruje inspekcja. 28 140 z nich wykonuje zabiegi, przy których dochodzi do naruszenia ciągłości skóry: kosmetyczne, tatuaż, piercing. Dane Dun & Bradstreet, które we wrześniu 2026 roku podała Rzeczpospolita, mówią nawet o około 139 tysiącach salonów urody.
Klientów też przybywa. Według sondażu BioStat z lipca 2026 roku z zabiegów medycyny estetycznej skorzystało co najmniej raz 21,3 proc. dorosłych Polaków, a wśród osób w wieku 18–29 lat już 30,4 proc. Z opublikowanych wyników nie wynika, czy zabieg wykonywał lekarz, czy kosmetolog. W Polsce nie ma też centralnego rejestru powikłań po takich zabiegach.
Komunikat, który nie jest ustawą
23 stycznia 2026 roku Ministerstwo Zdrowia opublikowało komunikat, który w branży beauty odebrano jak trzęsienie ziemi. Zabiegi medycyny estetyczno-naprawczej, pisze resort, są świadczeniami zdrowotnymi. Mogą je wykonywać „wyłącznie” specjaliści dermatologii i wenerologii oraz chirurgii plastycznej, a także inni lekarze i lekarze dentyści z certyfikatem umiejętności, i to wyłącznie w zarejestrowanych podmiotach wykonujących działalność leczniczą. Ministerstwo wymieniło wprost, kto takich uprawnień nie ma: kosmetolodzy i kosmetyczki, także po szkoleniach zakończonych certyfikatem, ale też pielęgniarki i inni przedstawiciele zawodów medycznych.
Lista jest długa. Obejmuje toksynę botulinową, usieciowany kwas hialuronowy, stymulatory tkankowe, mezoterapię, osocze bogatopłytkowe, peelingi medyczne średniogłębokie i głębokie, nici. A także urządzenia, które stoją dziś w wielu salonach: lasery wysokoenergetyczne, w tym diodowe i aleksandrytowe używane do depilacji, IPL, radiofrekwencję, HIFU. Z listy wyłączono mezoterapię mikroigłową i zabiegi na urządzeniach, które producent dopuścił do użytku przez osoby inne niż lekarze.
Problem w tym, że komunikat nie jest aktem prawnym. W kwietniu 2026 roku ministerstwo wyjaśniło w odpowiedzi na zapytanie poselskie, że komunikat „stanowi podaną do powszechnej wiadomości informację o obowiązujących przepisach prawnych rangi ustawowej” i jest stanowiskiem ministra. Sam nie tworzy więc nowych obowiązków, a ustawy wprost zastrzegającej te zabiegi dla lekarzy nadal nie ma. Zawód kosmetologa, dodał resort, „nie jest medycznym zawodem regulowanym”. Nie ma ustawy o tym zawodzie, samorządu ani rejestru.
Przepis karny, który miałby chronić pacjentów przed nieuprawnionymi, też niewiele tu daje. Artykuł 58 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty karze tego, kto bez uprawnień udziela świadczeń zdrowotnych „polegających na rozpoznawaniu chorób oraz ich leczeniu”. Zabieg wygładzający zmarszczkę trudno nazwać leczeniem choroby. W czerwcu 2026 roku Ministerstwo Zdrowia skierowało do konsultacji szeroki projekt nowelizacji, który m.in. dopisuje do definicji zawodu lekarza świadczenia „mające na celu zapewnienie pacjentowi dobrostanu fizycznego, psychicznego lub społecznego”. W uzasadnieniu wprost podaje przykład medycyny estetycznej. Według wykazu prac rządu projekt ma zostać przyjęty w czwartym kwartale 2026 roku. Do końca października Rada Ministrów go nie przyjęła.
Spór ma kilka stron. Samorząd lekarski od lat domaga się zastrzeżenia tych zabiegów dla lekarzy i w apelu z listopada 2024 roku pisał, że brak wyłączności lekarzy „stanowi istotne zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia pacjentów”. Rzeczniczka małych i średnich przedsiębiorców ma zastrzeżenia do zmian i proponuje, by granicę wyznaczyła komisja wielostronna. Część środowiska pielęgniarskiego w lutym 2026 roku wystąpiła z petycją o specjalizację pielęgniarską z medycyny estetycznej, sprzeciwiając się komunikatowi.
Kto płaci, gdy zabieg się nie uda
Dla klientki, która wychodzi z salonu z oparzeniem, ten spór ma znaczenie drugorzędne. Odpowiedzialność cywilna salonu nie zależy od tego, czy zabieg był formalnie medyczny. Salon odpowiada za szkodę wyrządzoną z winy pracownicy przy wykonywaniu jej obowiązków (art. 430 kodeksu cywilnego). Gdy klientka powołuje się na umowę, prawo domniemywa, że nienależyte wykonanie zabiegu wynika z okoliczności, za które salon odpowiada (art. 471). Klientka musi wykazać samo nienależyte wykonanie, szkodę i związek między nimi. Jeden z warszawskich sądów rejonowych uznał nawet, że salon używający lasera odpowiada na zasadzie ryzyka, jak przedsiębiorstwo wprawiane w ruch siłami przyrody, czyli niezależnie od winy (II C 1486/12). To jednak pogląd odosobniony.
Przejrzałem kilkanaście opublikowanych wyroków w sprawach przeciwko salonom kosmetycznym i ich ubezpieczycielom. Za oparzenia po depilacji laserowej, peelingu czy mikrodermabrazji sądy przyznawały zwykle od 2 do 30 tys. zł zadośćuczynienia. W dwóch najcięższych sprawach, z martwicą skóry czoła i z trwałymi bliznami na nogach, było to 50 i 70 tys. zł. Do tego dochodzą odszkodowanie za koszty leczenia i koszty procesu.
W tych wyrokach powtarza się jeden szczegół. W wielu sprawach ubezpieczyciel OC salonu wypłacił klientce pieniądze jeszcze przed procesem. W Nowym Sączu 3 tys. zł, w Warszawie 5 tys., w Kwidzynie 4,4 tys., we Wrocławiu 10 tys. Potem sąd zasądzał od dwóch do ponad dwudziestu razy więcej. Polisa była więc potrzebna, ale wypłata ubezpieczyciela nie zamyka sprawy.
Sprawa z Nowego Sącza pokazuje jeszcze jedno. Za oparzenia po laserowej depilacji nóg sąd pierwszej instancji uznał, że należy się 70 tys. zł zadośćuczynienia (I C 721/14). Salon miał OC z sumą 50 tys. zł. Odpowiedzialność ubezpieczyciela sąd ograniczył do tej sumy pomniejszonej o franszyzę, a resztę miała zapłacić właścicielka salonu.
Co widzi polisa
Najczęstszy błąd właścicielek salonów, jaki widzę, to przekonanie, że zwykłe OC działalności gospodarczej wystarczy. Takie OC chroni przed wypadkiem w lokalu, poplamionym płaszczem klientki czy zalaniem sąsiada. Skutków samego zabiegu często nie obejmuje. W ogólnych warunkach OC, które przeczytałem, standardowo wyłączone są szkody związane z udzielaniem świadczeń zdrowotnych i wykonywaniem zabiegów medycznych oraz szkody spowodowane przeniesieniem chorób zakaźnych, w tym HIV.
Widzieliśmy to w naszej agencji. Właścicielka salonu przyszła do nas przekonana, że jest dobrze ubezpieczona: miała OC działalności od lat i nigdy nie było z nim problemu. Kiedy przeczytaliśmy warunki razem z jej cennikiem, okazało się, że polisa chroni lokal, sprzęt i płaszcze klientek, ale nie obejmuje żadnego z zabiegów, z których salon żyje.
Dedykowane polisy dla branży beauty działają inaczej niż typowe OC. Są zbudowane na liście nazwanych zabiegów. Ubezpieczyciel obejmuje ochroną to, co zostało wpisane: na przykład makijaż permanentny, mikronakłuwanie, peelingi chemiczne, IPL czy kriolipolizę. Czego nie ma na liście, tego polisa nie widzi. Bardziej inwazyjne zabiegi ubezpieczyciele obejmują zwykle tylko wtedy, gdy wykonuje je osoba z wyższym wykształceniem kosmetologicznym albo medycznym.
Kilka zapisów powtarza się w warunkach, które przeczytałem:
Kwalifikacje. Polisa nie obejmuje szkód wyrządzonych przez osobę bez wymaganego przepisami wykształcenia, uprawnień czy licencji. W części warunków wyłączenie nie działa, jeśli brak kwalifikacji nie miał wpływu na szkodę. Ponieważ żadna ustawa nie mówi, jakie kwalifikacje musi mieć kosmetolog, właśnie tu komunikat ministerstwa może mieć znaczenie.
Usługi medyczne. Wyłączone są szkody z wykonywania usług lub czynności medycznych. Jeśli ministerstwo ma rację, że zabieg z usieciowanym kwasem hialuronowym jest świadczeniem zdrowotnym, ubezpieczyciel ma argument, by odmówić wypłaty kosmetologowi. Sprawa nie jest jednak przesądzona: sąd w sprawie z martwicą czoła uznał taką iniekcję za zabieg kosmetyczny, a część programów dla branży wprost obejmuje wypełniacze w zakresie zabiegów niezastrzeżonych dla lekarzy.
W praktyce ten spór dotyka konkretnych ludzi. Po styczniowym komunikacie ministerstwa zgłosiła się do nas kosmetolożka, która od lat wykonywała mezoterapię igłową i zabiegi z wypełniaczami. Miała polisę, w której te zabiegi były wpisane. Pytanie brzmiało, czy ubezpieczyciel, powołując się na wyłączenie usług medycznych i komunikat, nie odmówi wypłaty, gdyby coś poszło nie tak. Uczciwa odpowiedź brzmiała: tego dziś nikt nie wie na pewno. Dlatego radzimy, by przy przedłużeniu polisy zapytać ubezpieczyciela wprost, jak po komunikacie traktuje te zabiegi, i poprosić o odpowiedź na piśmie.
Preparaty. Wyłączone są szkody z użycia produktów bez wymaganego dopuszczenia do obrotu albo zastosowanych niezgodnie z przeznaczeniem.
Efekt. Niezadowolenie z wyglądu nie jest szkodą. W warunkach wyłączone są roszczenia wynikłe z „braku określonych w umowie właściwości estetycznych”, a ubezpieczyciele tłumaczą, że nieosiągnięcie oczekiwanego efektu to ocena subiektywna.
Laser. W warunkach jednego z popularnych produktów dla małych firm (wersja z 2020 roku) szkody związane z używaniem lasera w gabinecie kosmetycznym mają podlimit 20 tys. zł. Przy wyroku rzędu 70 tys. zł za blizny różnicę salon zapłaci z własnej kieszeni.
Choroby zakaźne. Ochronę za zakażenie klientki HIV albo wirusem zapalenia wątroby trzeba zwykle dokupić osobną klauzulą. To coś innego niż polisa chroniąca samą kosmetyczkę na wypadek zakłucia się igłą: ta pokrywa jej badania i leczenie, ale nie roszczenia klientów.
Lekarz w salonie
Coraz więcej salonów zaprasza lekarza, który raz w tygodniu wykonuje zabiegi z toksyną czy wypełniaczami. Tu też łatwo o lukę. Obowiązkowe OC lekarza i podmiotu leczniczego, które lekarz z praktyką musi mieć, obejmuje zabiegi plastyczne i kosmetyczne tylko wtedy, gdy są następstwem wady wrodzonej, urazu, choroby lub jej leczenia. Czysto estetyczne zabiegi są poza nim i trzeba je objąć dobrowolnym rozszerzeniem. Do tego dochodzi pytanie, czyja polisa odpowiada za lekarza, który przyjmuje w salonie, ale formalnie nie prowadzi tam działalności leczniczej. W jednym ze specjalistycznych programów dla branży beauty można dopisać zabiegi wykonywane przez współpracującego lekarza, za dopłatą 30 proc. składki.
Sanepid patrzy na sterylizację
Odpowiedzialność to nie tylko klientka i sąd. Każdy, kto wykonuje zabiegi naruszające ciągłość skóry, musi wdrożyć i stosować procedury chroniące przed zakażeniami: sterylizację sprzętu, dezynfekcję skóry, dekontaminację pomieszczeń. Ciekawe, że przepis (art. 16 ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych) mówi o „osobach innych niż udzielające świadczeń zdrowotnych”, czyli sam zakłada, że naruszać skórę mogą legalnie osoby spoza zawodów medycznych. Za niewdrożenie lub niestosowanie procedur grozi grzywna. W sierpniu 2026 roku Główny Inspektor Sanitarny wydał szczegółowe zalecenia dla branży beauty. Zgodnie z nimi klient powinien m.in. mieć możliwość sprawdzenia pakietu sterylnego przed jego otwarciem. W 2025 roku sanepid skontrolował 32,5 tys. ze wszystkich 79 tys. obiektów branży beauty.
Dla ubezpieczyciela te procedury to coś więcej niż formalność. Przy wyższych sumach pyta o warunki sanitarne, doświadczenie personelu, wywiad przed zabiegiem i pisemną zgodę klientki. Jeśli po szkodzie okaże się, że ich nie było, rozmowa o wypłacie będzie trudna. Sądy też to sprawdzają: w sprawach o oparzenia laserem badają książki serwisowe urządzeń i parametry zabiegu.
Ile to kosztuje
Ubezpieczyciele nie publikują cenników OC dla branży beauty. Programy dla kosmetyczek i kosmetologów dostępne przez agentów i brokerów zaczynają się od około 400–500 zł rocznie przy sumach 50–200 tys. zł, z ochroną przed chorobami zakaźnymi i laserem. Ubezpieczenie dla usług mobilnych z sumą 300 tys. zł kosztuje w jednym z programów około 870 zł rocznie. Salon z laserem, radiofrekwencją i kilkoma pracownicami zapłaci za OC razem z ubezpieczeniem mienia według szacunków brokerów zwykle od 3 do 7 tys. zł. Cena zależy przede wszystkim od listy zabiegów, sprzętu i liczby osób, które je wykonują.
Pięć pytań przed podpisaniem
- Czy każdy zabieg z mojego cennika jest wpisany do polisy? Nie branża, nie kod PKD, tylko konkretne zabiegi.
- Czy osoby, które je wykonują, mają kwalifikacje wymagane przez ubezpieczyciela? Także nowa pracownica i stażystka.
- Jaka jest suma ubezpieczenia i limit na szkody z lasera i urządzeń? Czy wystarczy na wyrok za bliznę, a nie tylko za zaczerwienienie?
- Czy polisa obejmuje zakażenie klientki, w tym HIV i wirusowe zapalenie wątroby?
- Czy w moim salonie ktoś wykonuje zabiegi, które ministerstwo uważa za medyczne? Jeśli tak, czyja polisa za nie odpowiada?
Branża beauty czeka na ustawę, która rozstrzygnie, gdzie kończy się kosmetyka, a zaczyna medycyna. Może ją dostanie w 2027 roku, może później. Do tego czasu granicę wyznaczają warunki ubezpieczenia, a nie dyplom ani certyfikat ze szkolenia. Warto ją znać, zanim klientka przyjdzie z blizną i pozwem.
